Kalendarz turniejów w PDC jest tak skonstruowany, że co jakiś czas mamy oferowane „smaczne kąski”, tak by na nie oczekiwać z wielkim zniecierpliwieniem. I tak, po finale MŚ, który odbywa się w pierwszą niedzielę stycznia, mamy prawie miesiąc przerwy. Wtedy nie gra nikt i nic. Następnie co czwartek, aż do znudzenia, Premier League przez kolejnych 16 tygodni. W marcu UK Open – turniej na kilku tarczach (a co w tym niezwykłego? ano to, że pojawiają się nieznani, ale dobrzy zawodnicy, którzy po tym wchodzą „na scenę”). W czerwcu natomiast World Cup. A potem byle dotrwać do World Matchplay. No i jesteśmy!
World Matchplay to wspaniała sala gier oraz upalne, lipcowe wieczory, których nie mogę się doczekać. Królem Blackpool jest Phil Taylor, który zwyciężał tu 15 razy w 22 edycjach! Wielu mówi, że ten turniej stworzony został specjalnie pod niego, ponieważ charakteryzuje się długimi dystansami legowymi (finał aż do 18 wygranych). Drugim podobnym turniejem do WM jest Grand Slam. A dlaczego o tym wspominam, przekonacie się w dalszej części wpisu 😉
Krótki wstęp jest, teraz do sedna. Przed każdym turniejem zadaję sobie pytanie – kto wygra? Faworytów w tych turniejach „legowych” jest dwóch – Michael van Gerwen i Phil Taylor. Taylor, jak wyżej napisałem, te długie mecze stworzone są dla niego. I byłbym w stanie nawet uwierzyć, że Phil wygra. Ale musiałby być jeden warunek spełniony – Taylorowi potrzebne by było takie 3 tygodnie bez grania w turniejach. A tu zagonili ich wszystkich do Australii i Azji i kazali grać te nudne pokazówki. A czemu nudne? Bo w pierwszej rundzie wychodzi 8 PRO i 8 typków z łapanki. Rzucają paskudnie i fatalnie i łatwo przegrywają. A potem tych 8 PRO tłucze się między sobą i jak miałem nieprzyjemność oglądania meczów z Auckland, Shanghaju i Tokio, tak nie było w tych meczach nic ciekawego. Wracając do tematu, Taylor po powrocie będzie miał około 10 dni na przygotowanie się do World Matchplay. Uważam, że jest to zdecydowanie za mało, żeby być przygotowanym na tyle, aby wygrać tak ważny turniej. Phil w pokazówkach wyglądał przeciętnie. I nie mówię tu o meczach w 1R, gdzie gra na średniej 88 daje wysoką wygraną. Mówię o meczach z innymi PRO, gdzie Taylor „kąsał”, ale była to dość słaba gra. Do tego te nowe barrele są OGROMNE. Rzuca T20 i już trzeba naprawdę idealnie rozłożyć pozostałe 2 lotki w tym małym, czerwonym polu, żeby wpadł maks. Stąd Taylor też tak „lata” po tarczy. A jak „lata” to wpada mnóstwo kolejek po 57-58 punktów. Po zmianie barreli w tym roku miał dość dobry początek podczas, powiedzmy, połowy Premier League. A potem się to wszystko posypało. No i powtórzę tu po raz kolejny „zamienił stryjek Filip siekierkę na kijek” …
Podsumowując, Taylor możliwe, że będzie wygrywał dzięki swojemu opanowaniu, doświadczeniu, „marce Phila Taylora”. Ale ile tak można? No popatrzmy na drabinkę. Greena powinien objechać, ale dalej już jest Bunting / Suljovic, a o ewentualne wejście do półfinału zagra zapewne z Wade’m / RvB. A w półfinale i Gary Anderson i Michael Smith i Jelle Klaasen. Jest w kim wybierać i z kim przegrywać. Ja tu absolutnie nie widzę go jako zwycięzcy. A jeśli nawet, to i tak smutny nie będę – w końcu jeszcze mu troszkę kibicuję 😉
Drugi, a właściwie pierwszy, z moich faworytów – Michael van Gerwen. Oj ten to dopiero gra „kaszanę”. Popatrzmy na to tak, dzisiaj MVG gra na 99 i mówi się, że kiepsko, a jeszcze kilka lat temu Lewis robił Mistrza Świata na przeciętnej średniej 93. Wszyscy idą do przodu, więc i Michael musi. Czasem te jego średnie powyżej 112 dopiero robią wrażenie. Ale co innego grać na średniej 100 rzucając pewnie 100 punktów co rundę (no np. 140+60 w dwóch), a co innego, kiedy widzę go, jak (strzelam) co piątą rundę rozpoczyna od S5 lub S1. Takie ogromne, jak na ich profesjonalizm, błędy zdarzają się rzadko w meczach. Mówię, w meczach dwóch dobrych zawodników (no bo nie z takim Januszem Wąsatym z Tokio) to rozpoczynanie kolejki rzutowej od innej wartości niż 20-19-18 lub innej zamierzonej, zdarzają się może kilka razy.
Michael jak wygrał Premier League, tak nagle czar prysł i Michael gra słabo. Szalał w World Cupie, aż dotarł do finału, ostatni singiel i przegrywa z Adim 1-4 na średniej 88 z najwyższym checkiem 2. Tak, dwa, nie ma tu literówki. W Austrii bieda, pokazówki przeciętne. Niby 1 wygrał, a w drugiej był w finale, ale jego gra mnie nie przekonywała. Tylko, że u niego, w przeciwieństwie do Taylora, jestem w stanie uwierzyć, że „zrobi formę” w 10 dni. Nie wiem czemu, po prostu mam takie przeczucie. Inna sprawa, że drabinkę ma dość łatwą, bo do półfinału to chyba nikt mu nie przeszkodzi. Możliwe, że dopiero wtedy jakiś Adi Lewis albo Peter Wright go „napocznie”, ale i w to bym specjalnie nie wierzył. No cóż, wygrana MVG jest tu możliwa i wcale mnie zdziwi. Wręcz znudzi.
No to jest i trzeci faworyt – Gary Anderson. Chyba sam nie wierzę w to, co piszę. Gary i format legowy? Przecież on tylko w setach umie wygrywać 😉 Ale stop stop, dotąd nie umiał ani w tym ani w tym, a tu nagle tytułują go „two times back to back champion of the world” 😉 Gary to jedna wielka zagadka. Powiedziałem to przed tymi trzema pokazówkami. I co zrobił? Wygrał 2 razy. A grał w nich FANTASTYCZNIE. To był ten Gary, którego lubię – ten z tą werwą, z tym błyskiem w oku, z tym „czymś”. I mówię – o dziwo wygrywał. Bo on zawsze jechał na pokazówki po gwarantowaną kasę, ewentualnie ograł pana Janusza Wąsatego i out.
Drabinkę ma trudną, już w pierwszej rundzie Alan Chuck Norris, który mu może sporo krwi napsuć. Dalej Terry Jenkins / Justin Pipe – to tu powinno być izzi. Ale o półfinał to już zagra z M. Smithem/Whitlockiem/Klaasenem. W półfinale to już cała plejada gwiazd na czele z Taylorem, Wadem i van Barneveldem. Łatwo nie będzie. Tutaj przemawia za nim właśnie ten brak sukcesów w turniejach „legowych”, do których odwołanie zawarłem na początku – World Matchplay i Grand Slam. W WM Gary występował 7 razy i tylko raz przeszedł dalej niż do 2R – w 2014 roku zaliczył półfinał. W Grand Slamie znacznie lepiej: 9 udziałów: 1x runner-up, 2x półfinał, 1x ćwierćfinał. Ale ostatnie 4 lata kończył pierwszym meczem po wyjściu z grupy …
Uważam, że to jest ten czas, żeby w końcu wygrać turniej „legowy”. Forma jest – to potwierdził ostatnimi tygodniami. Jestem tu niepoprawnym optymistą, trochę na wyrost widzę tę wygraną. Jest to na pewno bardzo życzeniowe, ale też nie uważam, że było niemożliwe. Nie wiem czy ktoś to jeszcze czyta, czy już zasnął, ale mi się bardzo dobrze pisze więc napiszę jeszcze przepis na ciasto marchewkowe … wróć, podam jako to wygląda od strony bukmacherskiej 😉
Według oddsportal 11 lipca 2016 o godzinie 00:35 kursy na końcowe zwycięstwo kształtują się tak:
MVG po 2,15 kompletnie nie opłacalne, Taylor 6,73 – nie wierzę w jego wygraną. Gary 5,64. Jedni zaniżają, drudzy zawyżają. Ja znalazłem kurs 6,50 w normalnym buku (przy 6,00 na Taylora haha) i mnie to odpowiada. Zagrałem symbolicznie za 1j.
Zadziwił mnie też kurs na Wade’a – średnia 23,45, ale znalazłem 29,00, co jest według mnie ogromnym nieporozumieniem. Ja bym tu widział Jamesa na równi z Adim i Pitą, czyli plus minus, kurs 17. A James Wade potrafi grać w takich turniejach, oj potrafi. Zwycięzca World Matchplay 2007, a do tego PIĘCIOKROTNY runner-up, w tym przed rokiem, gdzie grał fenomenalnie, aż w finale nie wytrzymał. James w ostatnich tygodniach prezentował świetną formę i myślę, że tutaj może to podtrzymać. Drabinka niestety trudna, ta sama kwarta co u Phila. I właśnie widzę tu ćwierćfinał Taylor – Wade. A potem jeszcze w półfinale Gary w razie W 😉 Znowu życzeniowo, a najśmieszniejsze jest to, że Wade’a nie znosiłem, aż mniej więcej od roku staje się jednym z moich ulubionych zawodników.
No dobra, na koniec podsumowuje, co tam sobie zagrałem:
Zwycięzca World Matchplay
Gary Anderson @ 6,50 1/10j
James Wade @ 29,00 0,5/10j
Jak ktoś dotarł aż dotąd i nie zasnął to szacun! Ale dawno nic ambitniejszego nie napisałem (chociaż to i tak nie jest jakoś bardzo ambitne), więc się rozpisałem. A co, wolno mi! Dozo 🙂